Strata – mowa z 10 października 2017 r.

  • przez

Chcę dzisiaj mówić o stracie. O stracie jako formie życia. Wczoraj koło południa zaczęły
docierać do mnie informacje od kilku osób z Polski, że w okolicy ośrodka roshiego Kwonga
jest wielki pożar, a właściwie wiele pożarów. Mieszkańcy ośrodka ewakuowali się w nocy,
ich sąsiedzi też. Dzisiaj się okazało, że ośrodek nie spłonął. Tam w takich sytuacjach pojawia
się dużo strażaków. Kiedy wybucha wielki pożar, to te rutynowe zabezpieczenia
przeciwpożarowe, które są w ośrodku, to jest o wiele za mało. Przez tę ostatnią dobę dużo
osób się bało, że cały ośrodek spłonie.
Roshi kiedyś mówił o aktywnym uczestnictwie w stracie. To jest pojęcie, które ukuł
prawdopodobnie Uchiyama. Przeczytam fragment mowy roshiego Kwonga na ten temat, ale
zanim to zrobię, powiem jeszcze, że to jest wielka sztuka i wielka dojrzałość, żeby nie
przywiązywać się do tego, co jest codzienne, znane, miłe, wygodne. Jestem w tym wieku,
kiedy doświadczam, że i ja, i rówieśnicy dużo więcej tracą, niż zyskują. Życie na tym polega,
że się traci. Szczególnie w drugiej połowie życia. Mamy my sami i bliscy coraz więcej
chorób, tracimy ważne osoby. Trzeba się pogodzić z tym, że jest pod różnymi względami
coraz trudniej, aż w końcu się umiera. Jednocześnie aktywne uczestnictwo w stracie
wykracza poza zyskiwanie, tracenie, przywiązywanie się do tego, co mamy, do siebie
takiego, jakim się znamy.
„Roshi Uchiyama używa określenia, które wywarło na mnie głębokie wrażenie, ponieważ
dotyczy czegoś, co od dawna jest jednym ze stałych wątków mojego życia. Określenie to
brzmi «czynne uczestnictwo w utracie». Zazwyczaj staram się za wszelką cenę unikać strat.
Okoliczności tak nas ukształtowały, że chcemy wyłącznie korzystać, zaznawać szczęścia i
spełniać wszystkie swoje pragnienia. Chociaż na poziomie intelektualnym rozumiemy, że
utrata jest w naszym życiu właśnie tym błotem, którego potrzeba lotosowi, żeby mógł
zakwitnąć, na co dzień większość ludzi uważa ją za przeciwieństwo korzyści.
Czynnie uczestniczymy w utracie. «Czynnie», czyli z gotowością i zaangażowaniem,
wytrwale, z odwagą pozwalającą umierać za życia. Słowo «utrata» kojarzy się ze śmiercią i
ze wszystkim, o czym zazwyczaj wolimy nie mówić; sugeruje porażkę i nietrwałość. Niesie z
sobą posmak cierpienia, lęku, kapitulacji i rezygnacji – wszystkich spraw, które uważamy za
negatywne, chociaż w istocie dla większości z nas są one bodźcem zachęcającym do
praktyki. Strata poniesiona w życiu skłania nas ku praktyce. Tak jak i nietrwałość. Są to
idealne odtrutki, odwodzące nas od życia egocentrycznego, podporządkowanego żądzy
korzyści. Gdybyśmy mogli prowadzić życie gwarantujące stałość i bezpieczeństwo, gdyby
coś takiego w ogóle było możliwe, większość ludzi wcale nie zajęłaby się praktyką, bo po
prostu nie czułaby potrzeby”. 1

Jakusho Kwong, Bez początku, bez końca, tłum. Michał Kłobukowski, Świat Książki, Warszawa 2005,
rozdz. 17, s. 128 i dalej


Ta zmiana i utrata rzeczywiście, w przypadku moim i wielu innych osób przyciąga do
praktyki i pozwala ją utrzymać. Przedwczoraj myślałem, że będę mówił o naszym nowym
ośrodku, ale te tematy nie są różne.
Może parę słów o Kalifornii, jak wygląda Ośrodek, ponieważ niewiele osób tam było.
Zazwyczaj nie zdajemy sprawy, że tam jest bardzo wyraźna pora deszczowa i pora sucha.
Pora sucha kończy się w październiku, może pod koniec października. Możliwe, że w
ośrodku deszcz nie padał od kwietnia, ponieważ wtedy przestaje tam padać i jest
kompletnie sucho. Część drzew zamiera, trawy w ogóle nie ma.
Uczennica: Krajobraz jest żółty.
Uji: Spalona, żółta trawa. Zagrożenie pożarowe jest ogromne i bardzo dużo uwagi na to się
zwraca. Nie zdarza się, żeby ktoś wyszedł z pomieszczenia, nie zgasiwszy kadzidła. W
Polsce powinniśmy pozwolić kadzidłu się dopalić, ale w Stanach to jest nie do pomyślenia.
W małych domkach mieszkalnych w ogóle nie używa się ognia. Nie powinno się w nich palić
kadzidła ani tym bardziej świeczki. Kiedy roshi zaczął przyjeżdżać do Polski, to wprowadził
to, co jest w Stanach – takie przypomnienie, że trzeba gasić ogień – „straż nocną”. Chodziło
się uderzając w klapki i wszyscy mieli sprawdzić, czy nic się nie tli. My też to robiliśmy w
Polsce, mimo że tego zagrożenia nie było. Dostałem informację, że część Santa Rosa się
spaliła. A Santa Rosa to jest wielkie miasto. Na pewno ponad półtora miliona ludzi. Czyli ten
ogień był nie do ogarnięcia.
W ośrodku na Sonomie głównym elementem architektonicznym jest stare zendo, które jest
zrobione ze stajni. Takie stuletnie. Wielka konstrukcja z drewna sekwojowego. Piękna, ale
była nie do uratowania. Żeby ją przerobić na budynek użyteczności publicznej, potrzeba
około miliona dolarów, ponieważ należałoby ją podeprzeć szkieletem metalowym. Chodzi o
trzęsienia ziemi, ale i zabezpieczenie pożarowe. Zrezygnowali z tego. Nie mają planu, co z
tym zrobić, kiedy powstanie nowe zendo, ten budynek będzie stał, ale nie będzie normalnie
użytkowany.
Uczennica: Muzeum.
Uji: Muzeum, do którego nie można wchodzić. Zasady architektoniczne w Kalifornii są
rozbudowane i ściśle przestrzegane, ponieważ chodzi o bezpieczeństwo. Więc gdyby tam
był pożar, to ośrodek straciłby ducha, całą półwieczną historię. To byłoby okropne, gdyby to
wszystko się spaliło. Mogliby też stracić nowe budynki, które są w trakcie budowy. Kiedy
miałem w 2015 roku ceremonię związaną z przekazem, to jej oficjalnym obserwatorem był
roshi Genko Akiba, który jest szefem Sotoshu w Ameryce Północnej, czyli takiego zarządu
naszej linii zen. To jest człowiek budujący bez wsparcia z Japonii olbrzymi ośrodek, w
którym ma się odbywać tradycyjny trening japoński, żeby nie trzeba było jeździć do Japonii.
Ta budowa warta jest miliony dolarów. W 2015 roku lokalny pożar zaczął się zbliżać do
ziemi, na którą on właśnie zwiózł drewno do budowy. Na szczęście była tam baza
strażaków, którzy ugasili ogień, więc nic się nie spaliło.
Te doświadczenia roshich Kwonga i Akiby są zatrważające. Z perspektywy polskiej,
szczególnie jeśli się tam nie żyło, to nie wygląda tak tragicznie. Ale kiedy się tam mieszkało,
to widać, że właściwie wszystko, co myśmy cenili, do czego byliśmy przyzwyczajeni, by się
spaliło.


Uczennica: Wyobrażałam sobie, bo też wiem, jak roshi jest przywiązany nawet do takich
malutkich przedmiotów w zendo. W jego pokoju dokusan ołtarz pokryty jest mnóstwem
obiektów – kiedy się ten ołtarz sprząta, to trzeba je odkładać na swoje miejsce. I myślałam o
tym, że gdyby to spłonęło, to byłaby ogromna strata.
Uji: Takie wycięcie korzenia. Oni mieli godzinę na spakowanie się.
Uczennica: Chyba o pierwszej zostali obudzeni i dostali informację, że być może będzie
ewakuacja.
Uji: Mamy swoje miejsce – piękne, o ogromnym potencjale i trzeba je utrzymać, rozwijać,
nie przywiązując się do tego.
Przeczytam parę zdań z Dōgena. „Drogą ciała i umysłu Buddy jest trawa, drzewa, kafelki,
kamienie i wiatr, deszcz, woda i ogień. Aspirowaniem do oświecenia jest przekształcenie ich
i uczynienie z nich drogi buddy”. Czytam o działaniu w rzeczywistości. „Jak przygotowujesz
jedzenie, nie patrz zwyczajnymi oczami. Nie myśl zwyczajnym umysłem. Weź źdźbło trawy i
uczyń z tego królewski skarb. Wejdź w cząsteczkę kurzu i obróć ją w koło Dharmy. Nie
pozwól, żeby pojawiały się myśli, umysł niezadowolony wtedy, gdy przygotowujesz wywar
z dzikiej trawy. Nie pozwól, aby pojawiał się radosny umysł, kiedy przygotowujesz zupę ze
śmietaną. Nie ma rozróżnienia. Jeśli nie ma rozróżnienia, to nie ma miejsca na katastrofę.
Nie bądź niedbały, kiedy pracujesz z kiepskimi materiałami. Dokonuj takiego samego
wysiłku, kiedy masz najlepsze materiały. Nigdy nie zmieniaj swojego podejścia w zależności
od tego, z jakim materiałem pracujesz. To tak, jakbyś zmieniał swoją prawdę w zależności
od tego, z kim rozmawiasz. Jeśli tak robisz, nie praktykujesz Drogi”. 2
W czerwcu miałem zajęcia w Rzeszowie. To są zwykle zajęcia w weekendy, więc jadę w
piątek, wracam w niedzielę po południu. Kiedy wracałem, pociąg zatrzymał się na stacji,
żeby przepuścić inny pociąg. Maszynista wyłączył lokomotywę – nie wiem, czy tak się
zawsze robi, czy nie. Nie mógł jej włączyć z powrotem. Konduktor ogłosił: „Mamy problem.
Lokomotywa się popsuła.” Po kolejnej godzinie wiadomo było, że z Rzeszowa jedzie ekipa
mechaników, a z Lublina na wszelki wypadek druga lokomotywa. Był ciepły, miły wieczór.
Pociąg nie miał żadnej bufetowej części, ale panowała miła atmosfera. Ludzie wyszli,
rozmawiali, palili papierosy. Kiedy wsiadłem, to w sąsiednim przedziale słyszałem
rozmowy. Dziewczyna i jej chłopak oraz jego mama z koleżanką. W Rzeszowie bardzo mnie
irytowali: krzyczeli, kłócili się i rozmawiali, głównie o jedzeniu. Kiedy pociąg się popsuł, ta
koleżanka mamy wpadła w panikę. Przez całe dwie godziny kombinowali, co mają zrobić.
Czy mają wrócić do Rzeszowa? Czy mają spać w Lublinie? Czy mają jechać do Warszawy i
spać w Warszawie, ponieważ do Pruszkowa, gdzie mieszkają, nie dojadą? Sprawdzają w
Internecie wszystkie możliwe opcje. I jak tak siedzę, aż w końcu uznałem, że nie chcę
słuchać ich rozmowy, i poszedłem. I nagle zobaczyłem, jakie to wszystko piękne. I
uświadomiłem sobie, że nie muszę się denerwować. Nie muszę nic wymyślać. Będzie, jak
będzie. Kiedyś dojadę do tej Warszawy. Chyba większość ludzi też tak myślała. Nie było
żadnej agresji, przyjęli to ze zrozumieniem. Następne cztery godziny tego postoju na tej

Uji dokonuje własnego przekładu fragmentu Tenzo Kyokun. Patrz np.: Dōgen Kigen, Reguła zgromadzenia
mnichów buddyjskich, tłum. Maciej Kanert, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego 2006, str. 45-46 lub
Zen Master Dōgen, Moon in a Dewdrop, North Point Press 1985, str. 56


malusieńkiej stacyjce były bardzo miłe. Nie było nic oprócz peronu i ludzi. To były dla mnie
najpiękniejsze godziny w całym roku 2017. Chodziłem, patrzyłem na ludzi, trochę
rozmawialiśmy. Myślę, że Wyspiański tak się czuł na weselu, gdy wszystko obserwował. Z
tego można by film zrobić.
Kiedy jechałem do Rzeszowa, to jechało ze mną takich trzech młodych ludzi. Oni też mnie
mocno irytowali, ponieważ bardzo głośno śpiewali i pili piwo. To, że pili piwo to nie
problem, ale śpiewali naprawdę głośno. Myślałem, że oni byli pijani po prostu, dlatego
śpiewali. Wracali teraz też tym samym pociągiem co ja i znowu śpiewali (śmiech). Okazało
się, że oni pojechali do Rzeszowa napić się piwa, bo tam był jakiś festiwal. Nie wiem, czy to
byli muzycy, ale tym razem pięknie śpiewali, zaczęli na trzeźwo. Widać było, że bardzo
dobrze się bawili.
Jacyś studenci z Lublina też wracali tym pociągiem. Najpierw nie było ich widać, potem
zaczęli wyłaniać się tacy skacowani ze swojego przedziału. Przedział był pełen dziewczyn i
chłopaków. Wracali z wesela. Byli tak skacowani, że kiedy pociąg stanął, to oni poszli spać,
tracąc jedyną szansę, żeby dostać się do Lublina, ponieważ nas właśnie mijał pociąg do
Lublina. Ci, którzy jechali do Warszawy, do niego nie wsiadali, gdyż wiedzieli, że nasz pociąg
jest jedyny, który tego dnia ma jechać z Lublina do Warszawy. Ale ci studenci bez problemu
by dojechali do Lublina i byliby zaledwie z półtoragodzinnym opóźnieniem. Kiedy się
obudzili, to zaczęli się zastanawiać, gdzie dostać piwo. Wypytywali o to wszystkich. Około
dziesięciu minut drogi od dworca była jakaś stacja benzynowa. I zaczęli tam chodzić. Ci
studenci byli niezwykle sympatyczni. Radzili się konduktora, żeby im pociąg nie uciekł.
Następne dwie godziny spędzili chodząc po piwo. W drodze je wypijali, więc zaraz szli z
powrotem. Wspominali to wesele, tańczyli.
Jakaś młoda dziewczyna weszła na taką wielką, ohydną, cementową górę, która miała ze
trzy metry. Wspięła się tam i usiadła w pozycji lotosu z książką. Nie dało się na nią nie
patrzeć. Przerzucała sobie te stroniczki. To było po prostu surrealistyczne. Mógłbym tak
jeszcze opowiadać.
Dwóch pasażerów pracowało w PKP. Jeden z nich przeszedł ze swoją narzeczoną do
początku pociągu i strasznie klął na nasz parowóz: „Ten typ jest bardzo zły.” Nie będę
nazwy wymieniał, ale one się psują. Mówił, że za granicę nie można nimi jeździć, bo tak się
psują.
Przyjechała ekipa mechaników. Przyszło trzech fachowców. Jeden z małą walizeczką. To też
było fascynujące. Tak klęli, że nie rozumiałem, o czym mówili. Pomijali podmiot, tylko było
orzeczenie i epitety. Nie wiem, na co oni tak klęli. Ale szybko zamknęli się w parowozie i go
uruchamiali. Nawet na chwilę ta lokomotywa zapaliła, ale potem zgasła. Oni sobie nie
poradzili: wzięli walizeczkę, rzucili parę wiązanek i pojechali. To wszystko było takie,
jakbym film oglądał.
Byłem tak wypoczęty, kiedy dojechałem do Warszawy koło drugiej (w domu byłem po
trzeciej), że musiałem wziąć coś na sen, bo wiedziałem, że nie będę mógł zasnąć. To było
piękne doświadczenie! I ja to rzeczywiście łączę z praktyką. Nie zacząłem myśleć, że to jest
katastrofa, mam parę rzeczy do zrobienia w poniedziałek, będę zmęczony, po co ten
maszynista wyłączał lokomotywę, kiedy stanął, żeby pociąg przepuścić. Lokomotywa
przyjechała, postała 20 minut obok naszego pociągu i odjechała. Ludzie w ogóle nie mieli


pojęcia, o co chodzi. Ja wiedziałem, bo rozmawiałem z konduktorem. Kiedy ta lokomotywa
przyjechała, to pani zawiadowczyni ją wpuściła na inny tor. Zajęło im trochę czasu zanim
uzgodnili z maszynistą, że jednak nasz pociąg jest na innym torze.
Strata jest w naszej głowie, ale też jest realna. Jestem daleki od rozpowszechniania takiego
poglądu czy myślenia w ten sposób, że nic się nie zmienia. Starzejemy się. Różne trudne
rzeczy się przydarzają, ale to jest poza dobrem i złem. A teraz zaistniała taka szansa, że
mamy ten ośrodek i to od nas zależy, ile tu włożymy wysiłku i co z tego będzie. I jak to
miejsce będzie żyło. Nikt sobie tutaj nie zbuduje własnego pomnika. Przejrzałem sobie dziś
jeden album ze zdjęciami sprzed 20 lat. Ale myśmy byli piękni! Ewa, jaka była piękna. Byłaś
wtedy shuso. To taki album z czasów, kiedy byłaś shuso. To jest takie dziwne, kiedy się
spojrzy na te nasze młode twarze. Nadal jesteśmy piękni. Myślę nawet, że niektórzy są
bardziej piękni. Niektórzy nie żyją. Na zdjęciach są ludzie, którzy już z nami nie praktykują.
Są ludzie, którzy wpadli w jakieś okropne tarapaty życiowe. To, co możemy zrobić, to
przyjść do zendo, zmyć podłogę, wziąć na siebie poprowadzenie jednej medytacji w
miesiącu. To jest to, co możemy zrobić – bez przywiązywania się, bez budowania swojego
pomnika. To my jesteśmy owocem praktyki roshiego Kwonga przez te 50 lat. Czy to jest
jasne? Ludzie, którzy lepiej znają roshiego, wiedzą, co ja mam na myśli. Nie tę wartość
materialną, nie to, że on buduje wspaniały ośrodek dla kilkudziesięciu osób, który teraz
będzie zgodny z normami architektonicznymi w Kalifornii, tylko żywą praktykę. To nie
stanie się kiedyś, tylko teraz. Na poprzedniej mowie wymyśliłem takie hasło: TO, CO MASZ
ZROBIĆ DZISIAJ, ZRÓB DZISIAJ. To postuluję. Teraz fragment z Dōgena ze Wskazówek dla
osób funkcyjnych w klasztorze Eihei-ji czyli wskazówek, jak praktykować, jeśli masz ważną
pozycję.
„Mistrz zen Xuanze z klasztoru Bao-en kiedyś był administratorem społeczności Fayana.
Pewnego dnia Fayan powiedział: »Administratorze, jak długo z nami praktykujesz?«.
Xuanze powiedział: »Jestem w tej społeczności od trzech lat«. Fayan powiedział: »Jesteś
stosunkowo nową osobą w tym klasztorze, jak to się dzieje, że nigdy nie zadajesz pytań?«.
Xuanze powiedział: »Nie chcę cię wprowadzać w błąd, mistrzu. Muszę coś wyznać. Kiedy
byłem z mistrzem Qianfengiem, osiągnąłem pełną pokoju błogość.« Fayan powiedział:
»Jakimi słowami osiągnąłeś ten stan?«. Xuanze powiedział: »Kiedyś spytałem mistrza
Qianfenga: ‘Co jest jaźnią praktykującego?’. A on odpowiedział: ‘Dziecko ognia poszukuje
ognia.’« Fayan powiedział: »Dobre słowa, ale obawiam się, że nie zrozumiałeś ich.« Xuanze
powiedział: »Dziecko ognia należy do ognia. Ogień szukający ognia jest tak jak jaźń
szukająca jaźni.« Fayan powiedział: »Rzeczywiście nie zrozumiałeś. Jeśli Buddhadharma
byłaby właśnie taka, nie przetrwałaby do tego dnia.« Xuanze był tak zmartwiony, że wstał i
wyszedł z pokoju, ale kiedy wyszedł, pomyślał sobie: »Fayan jest tutaj nauczycielem. Ma
500 mnichów. Nie potwierdził mojego zrozumienia, ale to, co powiedział, pewnie jest
prawdą.«, więc wrócił do pokoju i przeprosił. Fayan powiedział: »A dlaczego mnie nie
spytasz?«. Xuanze powiedział: »To co jest jaźnią praktykującego?«. A Fayan powiedział:
»Dziecko ognia szuka ognia.« I wtedy Xuanze doświadczył wielkiego oświecenia.”

Uji dokonuje własnego przekładu tekstu Eihei Shingi. Patrz np.: Dōgen Kigen, Reguła zgromadzenia mnichów
buddyjskich, tłum. Maciej Kanert, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego 2006, str. 119-120


To jest instrukcja dla nas, zaawansowanych praktykujących. Nasze miejsce w ten sposób ma
rozkwitnąć.
Pytania, komentarze. Może jeszcze macie jakieś pomysły. Czas na rozmowę.
Uczennica: Ja mam pytanie à propos tego fragmentu Dōgena. Kiedy robisz jakąś zupę, to
powstrzymaj niezadowolony umysł, a kiedy robisz zupę ze śmietaną, to powstrzymaj
zadowolony umysł. I ja to rozumiem w kontekście życia w klasztorze czy treningu. Ale kiedy
myślę o tym, że mąż mi robi pyszną zupę ze śmietaną, to pojawia się radość i mam ochotę
powiedzieć: „Ojej, jakie pyszne! Dziękuję!”. Zastanawiam się w związku z tym, czy to jest
rzeczywiście wskazówka do praktyki w życiu codziennym, bo być może jest tak, że ja czegoś
nie rozumiem i powinnam praktykować wstrzymywanie pojawianie się takiego umysłu.
Uji: Nie, jeśli mąż robi dobrą zupę, to wspaniale. Ale cierpienie nie jest wtedy, gdy jemy złą
zupę, czy kiedy się komuś przypali. Cierpienie jest wtedy, kiedy jesteśmy przywiązani i
chcemy zawsze dobrą zupę, a czasem jej nie ma. I co wtedy?
Uczennica 1: Ale on powiedział, że masz ten zadowolony umysł wstrzymywać. Rozumiem
funkcję tego podczas zazen. Kiedy wstrzymujesz niezadowolony umysł, to wstrzymujesz też
zadowolony. I rozumiem też to, co ty próbujesz powiedzieć. Zastanawiam się jednak, o co
Dōgenowi chodziło.
Uji: Może masz rację, że to bardziej w kontekście klasztoru zostało napisane. Kiedy jest
orioki, to nie wkładasz sobie więcej w zależności od tego, czy jest dobre, czy złe, i to cię
uwalnia. To jest unikalna cecha buddyzmu, że nie musimy gonić za tym, co się przyjmuje za
sukces, za tym, co jest miłe. Kiedy coś nie jest miłe, to też jest w porządku. Strata też jest w
porządku. Kiedy pociąg się zepsuje, to też jest dobrze, a może się zdarzyć  tak jak mi się
zdarzyło  że to był najwspanialszy czas od lat.
Uczeń: Tak się zastanawiam. Bo wszystko jest dobrze i fajnie, kiedy punktem odniesienia
jest punktualność pociągu albo niezłe jedzenie. Ale jeśli standardem staje się coś
kiepskiego? Ja się mogę tym nie przejmować, ale powoli schodzimy na psy.
Uji: A jak to się ma do tematu?
Uczeń: Jeśli mamy się nie przywiązywać do wspaniałej zupy, czy nie zauważać, że coś jest
słabe, źle ugotowane, to po pewnym czasie może się okazać, że jemy tylko źle ugotowane
rzeczy (śmiech).
Uji: To nie jest tak, że masz nie zauważać. Nawet możesz się przywiązywać trochę do tej
dobrej zupy. Myślę, że tego, o czym Małgosia mówi, uczymy się w klasztorze lub podczas
odosobnień. W życiu chcesz, żeby rodzina dobrze jadła. To nic złego. Chodzi o to, żeby nie
tworzyć niepotrzebnego cierpienia, kiedy nie ma tego dobrego jedzenia, ale to nie znaczy, że
się starać, przestajemy działać. To jest mit na temat buddystów, że skoro się nie
przywiązują do niczego, to będą żyli w brudzie, z pchłami i robactwem, w abnegacji. To nie
jest tak.
Uczennica 3: W tym fragmencie chyba jest też o tym, żebyś włożył całe swoje serce, nawet
kiedy masz kiepskie materiały. Czyli że robisz coś, co jest najlepszej jakości, nawet kiedy
widzisz, że nie za bardzo jest z czego. Ale nadal robisz tak, jak możesz najlepiej.
Uczeń: Nie pozwalać sobie na negację.


Uczennica 3: Ja to rozumiem tak, że należy się angażować niezależnie od tego, czy lubisz
zupę ze śmietaną czy z kluskami.
Uczennica 1: Moje pytanie bierze się z tego pytania, jak praktykować na co dzień. Kiedy
jestem na odosobnieniu, czy kiedy robię zazen, to staram się praktykować ten
nierozróżniający umysł. Ale być może jest tak, że mogę też praktykować ten
nierozróżniający umysł, kiedy jestem w domu. Rozumiesz, o czym jest moje pytanie? Bo to
jest wprowadzanie się trochę w taką sztuczną sytuację – takie mam wrażenie, ale może nie.
[…]
Uji: To jest wielkie wyzwanie, ale trzeba praktykować ten umysł. I to nie kosztem dobrego
jedzenia.
Uczeń: Wiele lat temu zajmowałem się fotografią. To był głęboki PRL, w związku z tym
materiały, które były dostępne, były żenujące. Papier nie miał czerni. Negatywy były słabo
kontrastowe. Uzyskanie jakichkolwiek efektów wymagało heroicznych wysiłków. Trudno,
nie mając efektów, nie zrażać się i wciąż starać osiągać najlepsze rezultaty.
Uji: Ja to mówię w kontekście ośrodka. Mamy pracę do wykonania. Bez przywiązania, bez
myślenia o sobie, bez nadziei na nagrodę: trzeba tu robić różne prace. Nie może być tak, że
założymy, że rezydenci, Magda z Michałem, będą wszystko robić. Musimy myśleć, jak to
utrzymać i jak sprawić, żeby tu się dużo rzeczy działo. Czy ktoś się jeszcze chce czymś
podzielić?
Uczennica 4: A jeśli tam, na Sonomie, wszystko płonie, to w jakie oni ich wywieźli
bezpieczne miejsce? Bo tam wszędzie dookoła są wzgórza, lasy.
Uczennica 1: Bo nie było tak, że to wszystko naraz płonęło, tylko w różnych miejscach.
Widziałam, że jakieś szkoły w Petalumie oferowały miejsca, duże instytucje, ośrodki, domy
gminne. Roshi z Shinko, Nyozem i Kashin pojechali do Cama, a o reszcie rezydentów to
wiem tylko, że są bezpieczni, nie wiem, gdzie konkretnie.
Uji: W południowej Kalifornii takie pożary są normą, ale ja nigdy nie słyszałem, żeby paliło
się koło Santa Rosa. Tam London miał chałupę w którymś momencie.
Uczennica 4: Chciałam to powiedzieć, że Jack London miał tam swoją chałupę, i on ściągnął
do Kalifornii eukaliptusy, które w Kalifornii nie rosły, a one są bardzo łatwopalne i często są
przyczyną pożarów.
Uczeń: Czyli to wszystko jego wina (śmiech)!
Uji: Zresztą jego chałupa się spaliła. On zbudował piękny dom i zaraz mu się spalił. Ja to
wiem, bo on opisuje w jednej książce Górę Sonomę.
Uczennica 4: Czytałam, że te eukaliptusy się rozpleniły i że są często zarzewiem pożarów. A
sekwoje mają taką korę, która jest niepalna. I też jakaś faza rozwoju tych sekwoi wymaga
pożaru, więc musiały być pożary.
Uji: Młode sekwoje kiełkują po pożarze. To tyle ciekawostek.
Uczeń 2: Te pożary są w tej chwili w całych Stanach. To się ciągnie od czerwca mniej więcej.
Czytałem, że kilkadziesiąt milionów ludzi nie widzi słońca. To słońce to taka biała plama zza
potwornego smogu. I to dotyczy też Kanady. I to się dzieje prawdopodobnie ze względu na
globalne ocieplenie.

Spisała Małgosia Sieradzka-Imhoff