Śmierć kolibra – mowa z 24 marca 2017, Bajkowa Zagroda

  • by

Witam wszystkich.
To jest odosobnienie, które prowadzi głównie Krzysztof (Porzeżyński). Krzysiek będzie siuso w
tym roku. Czuję się tu, jakbym po prostu przyjechał na wczasy. Krzysiek wszystko zorganizował
i tak świetnie prowadzi, że nawet żadne myśli mi nie przychodzą do głowy, że coś mogłoby być
inaczej. Więc bardzo dziękuję.
A dzisiaj ja mam mowę. O czy ona jest – to na końcu się okaże. Na końcu wszystkie wątki się
uporządkują. To jest smutna mowa. Bardzo poważna, smutna. Nie będzie łatwo brzmieć… Jest o
tym, żebyśmy nie tracili czasu. Żebyśmy nie traktowali życia lekce. Wymyśliłem ostatnio hasło –
takiego jeszcze nie słyszałem: to, co masz zrobić dzisiaj, zrób dzisiaj. Naprawdę musimy… Nikt za
nas nie zrobi naszej pracy, nikt za nas nie zrobi ważnych rzeczy. Nawet jeśli to nie jest w tym
momencie nasza praca. I to od nas zależy.
Pracuję nad mową tak, że mi się pojawiają różne obrazy. Zapisuję je. Zapisałem na różnych
karteczkach i uporządkowałem w kolejności, w jakiej chcę mówić, więc tym razem mam dużo
karteczek. Zawsze mam dużo karteczek. Będę się starał tego trzymać, bo mam kilka wątków.
Uporządkowałem je tak, żeby to się wszystko komponowało. Tytuł mowy to „Śmierć kolibra”.
Tak sobie myślałem, jak to było kiedyś, kiedy uczeń z nauczycielem widział się bardzo rzadko. Są
takie wielkie postacie – tak było, kiedy Tybetańczycy jeździli po nauki do Indii, ale i potem w
samym Tybecie tak było, że uczeń i nauczyciel widzieli się parę razy w życiu. Na przykład dwa,
trzy razy w życiu. Co nauczyciel ma ci powiedzieć, żeby praktyka zaowocowała? Nie ma
dokusanów, nie ma sanghi. W Tybecie są bardzo określone praktyki, które uczniowie dostawali.
Dla nas to jest medytacja. To jest podstawa. Dzisiaj o tym nie będę mówił.
Nie pamiętam, o których wielkich tybetańskich nauczycielach to jest opowieść. Do nauczyciela
szło się na przykład rok. Jeden z uczniów parę miesięcy był ze swoim nauczycielem i studiował
pewne praktyki, dostał te praktyki i wraca już do siebie. I jeszcze poprosił o jakąś wskazówkę.
Czy jest jeszcze coś, co mu może pomóc? Wielki nauczyciel odwrócił się do niego tyłem, podniósł
szatę i pokazał mu blizny na tyłku. Jak się długo siedzi, to się robią odleżyny, to się robią rany.
Niektórzy tak po rohatsu mają pośladki takie, jakby siniak był. Przez tydzień jeszcze potem czuć.
Bo po tych czterech godzinach po prostu są niedokrwione, więc to jest tak jak uderzenie, że
mogły być jakieś wylewy i niedokrwienie.
Czyli z jednej strony w naszej tradycji jest praktyka siedzącej medytacji. A z drugiej strony – tak
sobie pomyślałem, że to, co ja bym podkreślał, to jest, żeby szukać, czy tworzyć. To wszystko są
złe słowa… Żeby realizować świętość życia. Czyli widzieć to, co nas otacza… Umieć widzieć to, co
nas otacza, jako sacrum. Będę to rozwijał. Ale to jest prosta wskazówka dla kogoś, kto medytuje i
szuka tej jakości w codziennym życiu.
Jeszcze słowo o medytacji. Jak Krzysiek pierwszego dnia w środę mówił o zasadach – nas była
spora grupka osób już, ale zawsze na początek się coś mówi. I Krzysiek mówił, żeby realizować,

czy szukać tu albo szukać teraz. To mi bardzo zaimponowało, bo mało kto nie idzie w taką kalkę
„tu i teraz”. Wiecie – tu i teraz to jest masło maślane, to jest klisza. Jak ktoś mówi o tu i teraz, to
znaczy, że nie ma takiego doświadczenia. Jak ktoś mówi „tu” i to jest całość, to ja wiem, że on to
rozumie. Jak ktoś mówi „teraz”, to on to rozumie. Więc Krzyś mi zaimponował po prostu.
Krzysztof: Ale to inspiracja twoją mową…
Uji: Tym niemniej…
To „tu” to jest – wiecie, w zen to to by było (uderza w podłogę) uderzenie. Tego nawet lepiej nie
mówić słowami. To jest medytacja. To jest puszczenie wszystkich konceptów. To jest bycie z
całym bytem.
Parę słów o sacrum. W tej części Europy są różne święte miejsca. Przeciętny człowiek święte
miejsce może odwiedzić. Chodzi się do kościoła, na przykład. Albo są jakieś sfery, które
uznajemy za święte. Natomiast myślałem, że właściwie nie ma takich momentów, kiedy
przeciętny człowiek tworzy takie święte miejsce, taką świętość. Chociaż, jak patrzę na Jahoła, to
on tworzy czasem różne święte rzeczy. Bo w sztuce tak się robi – jak przetwarzasz wizerunek
Suzukiego i potem i dajesz go Hoitsu. A ja będąc w Rinsoin widzę, że ten wizerunek tam wisi – to
to jest robienie kawałeczka świętości. Ale właściwie księdzem trzeba być albo w kościele
zamiatać – to jest przyczynek do tworzenia się świętego miejsca. W związku z tym w tej części
świata my myślimy, że świętość bierze się skądinąd, nie ode mnie, i jest gdzieś, w jakimś miejscu.
W kościele jest. Mieliśmy kiedyś wykład razem z Ojcem Maksymilianem Nawarą i on zaczął od
tego, że wszyscy myślą, że jak jesteś w kościele, to jesteś blisko Pana Boga, a jak na kanapie jesz
chipsy, to już nie. Tak się myśli.
Architekci nieraz tworzą takie przestrzenie, że coś jest wielkiego, coś jest innego, coś jest
wykraczającego. Na mojej uroczystości w maju była Edyta – chyba teraz po mężu nazywa się
Jędrzejewska. Żona Tomka, który z naszą Sanghą miał różne kontakty i który jest właścicielem
ośrodka w Gryżynie. Parę osób mogło mieć z nimi kontakt. Edyta jest architektem. Nie wiem, czy
się w tym specjalizuje, ale na pewno realizuje różne projekty sakralne. Ma takie wykształcenie.
Jak ona robi jadalnię, to to po prostu zapiera dech w piersiach, jakie to jest piękne. Byliśmy w
Gryżynie – chociaż wtedy było jeszcze malutko jej realizacji. Stołówka, patrzysz w górę, a tam
nagle gwiazdy – ale to jest prawdziwe światło, które świeci, tylko że sufit pokryty jest taką
specjalną folią, jak się dowiedziałem. Przepiękny ornament i świecące gwiazdy.
Więc o co mi chodzi? Dla przeciętnego zjadacza chleba, dla nas przestrzeń sakralna to jest coś, co
jest na zewnątrz naszego życia. Oczywiście w zen jest inaczej. Cała nasza praktyka to jest
budowanie sacrum, realizowanie tego sacrum na bieżąco.
Ze cztery lata temu zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka. Rzadko się widujemy – raz na rok,
raz na dwa lata. Ale znamy się prawie 40 lat. I zadzwoniła, że ma dramatyczną sytuację w domu,
i poprosiła mnie o pomoc. Zgodziłem się spełnić jej prośbę, choć to było dla mnie trudne.
Obawiałem się, czy nie za bardzo, czy dam radę. Później okazało się, że to nie było aż tak trudne i
byłem zadowolony, że wtedy nie odmówiłem, że nie uległem niepokojowi i katastrofalnym
wyobrażeniom. Tak, że bardzo jej pomogłem i nie było to żadnym kłopotem.

Istotą problemu to był jej syn Kuba, który miał wtedy siedemnaście lat i wpadł w jakąś czarną
dziurę. Odechciało mu się chodzić do szkoły, odechciało mu się cokolwiek robić. Głównie siedział
w swoim pokoju i grał na komputerze, nie sprzątał, był agresywny, więc cały dom był
zdemolowany. Dostawał wezwanie do sądu czy do wojska, to je palił na drewnianej podłodze.
On jeszcze wtedy wychodził z domu. Wychodził – głównie jeździł na rowerze. I kiedy
przyszedłem – nawet nie wiem, czy mnie kojarzył, bo go nie widziałem z sześć lat – ale
zagadałem go o ten rower i on się ucieszył, i powiedział, że mi pokaże. Moja przyjaciółka
powiedziała mi potem, że była zdumiona, bo on tak z nikim już wtedy nie rozmawiał. Ale
powiedział, że mi pokaże i we trójkę wyszliśmy na dwór. I to, co Kuba robił, było po prostu
niewiarygodne. To ma jakąś swoją nazwę. Skakał na tym rowerze, po schodach jeździł, po
poręczach. Wyglądało to jednak bardzo ryzykownie, zacząłem się obawiać, że sobie coś zrobi. W
którymś momencie zacząłem się pocić i mieć ciarki na plecach. A on skacze, kręci się –
niewiarygodne to było. Więc w którymś momencie mu powiedziałem, żeby już przestał.
Ponieważ to było koło domu, to on wszystkie te numery miał opracowane.
To taki moment miłego spotkania z tym młodym człowiekiem. Tak jak mówiłem, on potem
przestał wychodzić z domu. Ponieważ to, co robił, było tak destrukcyjne, musiał się
wyprowadzić. Rodzina załatwiała mu mieszkanie a czasem mieszkał z kimś z rodziny.
Teraz trochę o robieniu świętości. Tak mi przyszło coś do głowy, jak patrzyłem na Szymona.
Szymon jest soku. On ma wejść z ofiarą – to jest ważne, to jest ofiara. Dzielimy się swoim
jedzeniem z czymś, co reprezentuje kilkutysiącletnią tradycję, z milionami ludzi, którzy
praktykowali, z całym światem. Bo ofiara nie jest tylko dla naszego ziemskiego świata. Byłeś
kiedyś soku? (Szymon przeczy) Wiecie, to dla każdej osoby, która jest soku jest trudne, bo ma się
wrażenie, że wszyscy na nią patrzą – może nawet rzeczywiście część ludzi na nią patrzy. Te
miseczki na porcelanowej tacce jeżdżą, słyszę za każdym razem. Ofiarę trzeba oczyścić, czyli
wykadzić nad dymem. Trzeba ją położyć. Najlepiej by było jeszcze zapomnieć o sobie w tym
czasie.
Kiedyś Shinko, żona Rosiego, tak pięknie mówiła, że mieli taką soku – to była kobieta – że jak
wchodziła, to jej po prostu nie było. Że nigdy nie mogli zauważyć, jak ona to robi. Ofiara
pojawiała się na ołtarzu. Jakby w ogóle nie było człowieka. To jest bardzo inspirujące. Zrób to
tak, że to nie ty.
Jest kilka funkcji, dzięki którym budujemy sacrum. Oczywiście to robią doan, ino, bo wy
istniejecie w zendo. Niezwykle trudną funkcją jest tenzo, czyli główny kucharz. Dlatego mówi się,
że tenzo jest funkcją równoważną do ino – to, co ino ma robić w zendo, dbać o to, żeby duch
praktyki przenikał salę medytacyjną, to tenzo ma zrobić w kuchni. Tam jest to dużo trudniejsze.
Bo tam trzeba wyprodukować jedzenie. To jest właśnie kolejny etap, kolejne wyzwanie, jak
budować świętość w kuchni. Ale całe odosobnienie temu służy. Żeby widzieć, że ten świat to nie
jest obiekt, w którym jesteśmy i którego używamy, ale że to jest, można powiedzieć, jednym z
tobą. Ale można też powiedzieć, że to jest taka najczystsza emanacja, to jest właśnie to. I to jest
właśnie to. Nic innego nie mamy. To, co prawda, znaczyłoby też, że to jest najgorsze, co możemy
mieć, ale… Ale też najlepsze, co możemy mieć.
We współczesnym świecie sacrum jest bardzo trudne do zrozumienia, dlatego że cała cywilizacja
nastawiona jest tak konsumpcyjnie i tak przedmiotowo traktujemy świat, że właściwie mało kto

ma już taki kontakt ze światem, ze swoim gospodarstwem, ze swoją wsią. Że jest taka jakość, że
ten świat mnie niesie, że on mnie karmi, że on mnie żywi, że to jest wypełnione świętością.
Kiedy umierała moja mama, przed śmiercią postanowiła przeczytać jeszcze raz Pana Tadeusza.
Jak ja bym wiedział, że mam umrzeć niedługo, to ja bym czytał trylogię Stanisława Vincenza o
huculszczyźnie. Ania się uśmiecha, to znaczy, że wie, o czym mówię. On zmarł chyba w ’71 roku.
Po Drugiej Wojnie nie żył tutaj w Polsce. Przepiękne trzy książki, jedna niedokończona, o tym,
jak ludzie żyli na tych Kresach Wschodnich, które straciliśmy. Wiele lat temu to czytałem – nie
wiem, trzydzieści, czterdzieści. Czasem poczytuję. Ale różne sceny we mnie żyją. Wielki fragment
jest opisem, jak jadą na wesele z jednego dworu do drugiego dworu. I po prostu jadą. I na tym
zakręcie piętnaście lat temu dwa konie, które ciągnęły bryczkę, przestraszyły się pociągu – i jest
kilkadziesiąt stron opowieści kogoś, kto opowiada o tym zakręcie. A potem spotykają jakiegoś
starca, który idzie do swojej lepianki gdzieś tam w górach, gdzie żyje od wielu lat właściwie nie
widując ludzi. Tylko dwa razy w roku, na wiosnę i na jesieni, schodzi, wymienia skórki, które
upolował, na worek mamałygi i z tą mamałygą, czyli kaszą kukurydzianą, wchodzi z powrotem
do swojej lepianki. A w tej chatce czasem coś upoluje – pewnie mieszam historie, pewnie ten, o
którym opowiadam, nie polował – ale czasem, powiedzmy, że te skórki jakoś pozyska, ale
głównie zajmuje się tym, że wstaje przed świtem i bierze dzban, idzie do pierwszego źródła,
napełnia go i wymienia wodę między siedmioma źródłami na jakiejś górze. I on to robi po to,
żeby się świat nie zawalił. I to jest jego życie.
No, i znowu dziesięć kartek minęło. A potem spotykają grajka i grajek tak pięknie gra, jak nikt
inny, i znowu jakiś opis. Czyli to inne życie, gdzie cały świat był święty… Rozumiecie, o co mi
chodzi. Że to, co było naokoło, było wartością. To nie chodziło o to, żeby wsiąść na bryczkę i
przejechać na wesele, i tam się napić, ale życie było doświadczane i ono było doświadczane w tej
przyrodzie, w każdym otoczeniu.
Zajrzałem do Wikipedii – to, gdzie żył Vincenz, to pogranicze wołowskie, węgierskie, żydowskie,
cygańskie, słowackie, ormiańskie, ukraińskie, czeskie, polskie, austriackie. Huculszczyzna i
Pokucie. Więc był w tej wielokulturowości z takim szacunkiem, z taką miłością dla różności.
Jest taka żydowska legenda – że na świecie żyje siedmiu sprawiedliwych. Że świat trwa tak
długo, jak co najmniej siedmiu sprawiedliwych żyje. To jest tak, że jacyś nowi się pojawiają, więc
jak jeden stary sprawiedliwy umrze, to świat się nie zawala. Ale gdyby zabrakło do tej siódemki,
to świat się po prostu skończy. I coś takiego mi chodzi. Że można tak przeżyć życie realizując coś
takiego, że świat zależy od ciebie. Może przynajmniej kogoś takiego znamy, kto tak żyje. Tak to
może za dużo. Ale że mamy takie momenty, że ktoś tak czasem się zachowuje albo ja sam tak się
czasem zachowuję.
No, dobrze. Karteczki mi się kończą już. Ale zobaczymy.
Chcę teraz wrócić do Kuby. Cała rodzina niezwykle się nim zajęła. Bo on po prostu był trudny.
Obrażał, bardzo ranił. Ale załatwiali mu pracę – ja też parę razy o to się starałem. Utrzymanie
pracy oczywiście jest trudne dla młodego człowieka, bo bez wykształcenia, prace są słabo
płatne i ciężkie. Zawsze jednak miał gdzie mieszkać. Wyglądało przez jakiś czas, że zahaczył się
w Anglii u rodziny. Że mu się tam spodobało i mu znowu wychodzi. Ale wrócił. Trwało to kilka
lat. Ale właściwie bez przerwy wracał do punktu wyjścia, czyli poczucia, że nic nie ma sensu. I do
tego, że jest pokrzywdzony, różne rzeczy mu się należą, chociaż on nie musi się o nic starać.

I tak miesiąc temu, może ponad miesiąc temu, napisał list – chyba do ciotki, ale moja
przyjaciółka go dostała i poprosiła, żebym przeczytał i powiedział, co myślę. Napisał, że to
wszystko nie ma sensu, dlatego że widzi, że cała rodzina, z mamą włącznie, chcą mu pomóc. Ale
że to donikąd nie prowadzi i że on nie wie, co ma zrobić.
Zadzwoniłem do niej – nie było mnie w Polsce, więc zadzwoniłem do niej. Powiedziałem, że ten
list jest niepokojący, że to brzmi, jakby on mógł sobie coś zrobić, popełnić samobójstwo . Że on
się odnosi inaczej niż dotychczas, bez agresji kierowanej do innych, bez obwiniania, że być może
naprawdę zobaczył, ile lat zmarnował i że nie widzi rozwiązania. I też rozmawialiśmy, że warto
w takiej sytuacji powtórzyć, że on może dalej liczyć na wsparcie, to znaczy, że będzie miał gdzie
mieszkać, będzie miał co jeść. Że jak chce, to może mieć terapię. I że będą mu dalej pomagać.
Więc miałem takie poczucie, że może trzeba mu to przypomnieć, że on może liczyć na rodzinę.
Ale że to jest naprawdę trudna sytuacja. Ja byłem zagranicą, ale zacząłem sobie przypominać, że
chyba są w Polsce stowarzyszenia dla osób zagrożonych samobójstwem, że można się radzić w
takich sytuacjach, i też o tym rozmawialiśmy.

Jak myślę o Kubie, przychodzi mi do głowy taki obraz – to z Sonomy. Jeśli ktoś nie pracował dużo
w warsztacie, to nie wie o tym. W warsztacie pod sufitem jest dużo nieotwierających się okien.
Jak koliber wpadnie do takiego pomieszczenia, gdzie są wysoko okna, czyli gdzie okna typu
świetliki są nad poziomem drzwi, to właściwie nie ma szans, żeby przeżył. Bo go nie można
stamtąd wypłoszyć. Wysoko jest gorąco, kolibry są małe, muszą pić. Jeżeli przez parę godzin
koliber nie może pić, to po prostu tak się odwodni, że umrze. A nie da się go namówić, żeby
zniżył lot do otwartego okna, bo w stresie koliber lata wysoko. Koliber na trudność reaguje tak,
że ucieka do góry. I potem się tylko znajduje takie szmaragdowe kłębuszki albo takie czerwone
kłębuszki. Kolibry są przepiękne.
Wiecie, dlaczego owady się spalają w świecy albo przy latarni? Ktoś wie, dlaczego one lecą do
światła?
36.41
Dlatego, że owady mają taki mechanizm, wykształcony przez dziesiątki milionów lat, że żeby
lecieć prosto, określają się w stosunku do źródła światła. To może być słońce, to może być
księżyc. I jak na ziemi lecisz tak, że masz cały czas po lewej stronie pod kątem prostym księżyc,
to znaczy, że lecisz prosto. A kiedy wynaleziono – parę tysięcy lat temu – sztuczne źródła światła,
które są blisko, to one bardzo zaburzają ten mechanizm. Bo jeśli chcę lecieć prostopadle do
źródła światła, muszę robić wokół świecy koło. A ponieważ cały czas ta świeca mi ucieka i
zostaje z boku, to ja coraz bardziej kompensuję. I owady w związku z tym, starając się mieć cały
czas pod tym samym kątem źródło, światła robią spiralę. Oczywiście zaczynają czuć ten ogień.
Ale ten mechanizm ukierunkowania jest silniejszy niż ból. I się spalają.
My mamy inteligencję i my to widzimy. Przecież wystarczyło by odfrunąć. Albo są takie pułapki
na ryby, takie kosze, czy sieci – że wejście to jest lejek z wikliny zrobiony, zwężający się. I ryby z
zaciekawieniem i z łatwością przepływają przez coś takiego, ale jak są zamknięte w przestrzeni,
to wtedy – przynajmniej niektóre gatunki – chcą być w toni wodnej, a nie wchodzić do dziury,
więc za żadne skarby nie wejdą z powrotem do tej dziurki. I wyjmuje się taki kosz i ma się obiad.

Takie ograniczenia okropne działają w przypadku wilków. Wilki są bardzo mądre, ale boją się,
nie wiedzieć czemu, kolorowych szmatek. Wystarczy więc w lesie ogrodzić jakiś teren takimi
czerwonymi chorągiewkami, flary to się nazywa. Z jednej strony jest nagonka, z drugiej stoją
myśliwi. Te wilki zginą, a nie przejdą pod flarami, nie przeskoczą ich, żeby uciec w bok.
Oczywiście każdy z nas też ma takie ograniczenia, tylko my sobie z tego nie zdajemy sprawy. No i
ten młody człowiek wpadł właśnie w taką bezradność. Skojarzyło mi się to z tym kolibrem. Że są
sytuacje z których nie ma wyjścia.
39.52
Chyba że się medytuje. Bo medytacja to jest wyjście poza wszystko. Medytacja to jest – i te flary
opadają, i moje wilcze ciało opada, i nie ma żadnego myśliwego, i nie ma żadnej nagonki. Jak
wracam do tej tak zwanej rzeczywistości, to mogę na nią świeżym okiem spojrzeć.
Jakbym spotkał jakiegoś biologa od wilków, to bym go zachęcał do zrobienia takiego
eksperymentu, że w jakichś absolutnych zaułkach leśnych zacząć rozwieszać fragmenty takich
flar. Być może po paru pokoleniach wilki by się do nich przyzwyczaiły. I myśliwi przestaliby
zabijać wilki, bo one przestałyby być taką łatwą ofiarą. Bo jak wilk wie, że flary gdzieś są zawsze,
na spokojnie, bez stresu, raz, drugi, dziesiąty zobaczy – może by to złamało ten mechanizm
biologiczny. Jak macie jakiegoś biologa od polskich ssaków, to bardzo polecam ten eksperyment.
Małgosia: Ja znam wilkoluba z Kalifornii, więc mogę go zapytać.
Uji: O, tak. Bo on był w Sonomie. Ja go nigdy nie spotkałem. Ale wcale nie wiem, czy to by
naprawdę nie zadziałało.
Więc taka bezradność … Z zewnątrz widzisz czyjąś sytuację, to rozwiązanie jest łatwe. A jak
jesteś w tym, to się nie daje.
Jahoł: Takiego kolibra, Mikołaj, w łerkszopie u Rosiego – dokładnie wleciał, jak tam pracowałem.
Nie umiał wylecieć, bo tam jest prześwitujący sufit. I było gorąco. Ja mam zdjęcia. Tyle czasu to
trwało. On nie mógł przez drzwi uciec, okna mu pootwierałem, żeby mógł wylecieć. Nic, tylko
tam u góry krążył. I w końcu mi na dłoni wylądował, bo już opadał. I go tam podmuchałem,
chłodziłem go i wystawiłem takiego już mdlejącego w chłodne miejsce i tam go wachlowałem. I
w końcu po jakimś czasie… Ale mu serce nasuwa! Coś niesamowitego! Trrrr! Coś takiego –
dokładnie. Robiłem mu zdjęcia – to długo trwało. Mam całą akcję z tego.
Uji: Spotkanie z kolibrami jest niewiarygodne. Kolibry w ogóle są biedne. Bo kolibry żywią się
tylko nektarem – chyba tylko nektarem, nie wiem… I te perfidne rośliny tak robią ten nektar, że
on ledwo wystarcza kolibrom do przeżycia, że one muszą cały czas zasuwać. To wcale nie jest
takie pożywne. Jest słodkie, ale poza tym tam jest mało białka, więc one cały czas, cały dzień
muszą latać i pić. A kolibry, przynajmniej jeden gatunek w Kalifornii tylko na czerwone kwiaty
reaguje, więc jeszcze taki kwiatek musi być czerwony.
No, dobrze. To właściwie niestety już zbliżamy się do puenty. Zbliżamy się do puenty.
Też może nie à propos kolibra, ale à propos Piotrka – piękną rzecz podsłuchałem dzisiaj.
Poszedłem do samochodu po żółte karteczki właśnie i Piotrek rozmawia przez telefon. I pięć
sekund tej rozmowy słyszałem. To jakoś tak było, że ktoś tam trzy dni temu powinien coś tam

zrobić, nie dzwoni, rozmówca Piotrka chce sprawić, żeby to Piotrek załatwił, a nie on, mimo że to
on powinien, bo to on nawala, bo tam ktoś nie dzwoni. I Piotrek w którymś momencie mówi:
„Panie, ale ja tu jestem na ćwiczeniach wojskowych! Ja nie mogę!”
Krzysiek dzisiaj mówił, że to jest laboratorium, ale te ćwiczenia wojskowe to też jest dobra
metafora. Bo my nie jesteśmy na wojnie. To jest co innego. Tak, jak na ćwiczeniach – jak źle
zrobisz, to cię zbiją jak na szachownicy. Więc nie można. Tu też jest taka uważność, że częścią tej
praktyki jest większa uważność niż trzeba, żeby funkcjonować. Więc to są takie ćwiczenia
wojskowe, bo musisz tak przejść przez ten budynek, czy przez podwórko, żeby ta mina nie
wybuchła.
Jeszcze tak o tych ustawieniach umysłu, w których my tak tkwimy. Każdy z nas je ma. W sandze
to się oczywiście inaczej przejawia. My mamy chyba – nie mam podstaw, żeby porównywać –
myślę, że ta nasza Sangha jest niezłą sanghą. My nie mamy takich bardzo poważnych
problemów. Ale ludzie oczywiście przychodzą do takiej społeczności na przykład po to, żeby
rządzić. Przecież większość ludzi uwielbia mieć władzę. I to jest tak jak ćma, która lata koło
świecy, że to po prostu może być destrukcyjne, a nie jest się w stanie tego przerwać.
Ale w sandze też różne rzeczy można sobie załatwiać. Szukać miłości. To właściwie takie na
granicy zdrowia by było to szukanie miłości. Podrywać. Kłócić się i być wściekłym – to jest coś,
co jest takie egzotyczne, że ktoś może mówić, że wszystko w sandze jest źle. Właściwie po to ten
człowiek tkwi w sandze, żeby tę złość przeżywać. Oczywiście nie wszystko w sandze jest źle i złe.
Ale nie chodzi mi o krytykę. Chodzi mi o to, że my wszyscy to mamy, że to każdy z nas – jakby
spojrzeć z innej perspektywy, to jest taką ćmą krążącą bezradnie.
No dobrze. Najbardziej chyba mi zależy na podkreśleniu tego budowania sacrum. Nieraz ktoś do
mnie przychodzi i kolejny rok mnie pyta, o co w tym wszystkim chodzi, o co chodzi w życiu. Ja
nie wiem, co powiedzieć. Ale jest wyjście z tej sytuacji – żeby zobaczyć, że życie może być jak –
nie wiem – właśnie jak to ofiarowanie jedzenia na ołtarz. Że to może być jak praktyka w zendo.
To jest ważne. Jak siedzicie domu, nie pozwólcie, żeby to stało się trywialne. Niech to będzie
zawsze gasio, niech tam naprawdę zawsze będzie czysto, niech to nie będzie dla ciebie miejsce
do siedzenia, a dla kota miejsce do leżenia. Rozumiecie? Żeby dbać o to, że są takie formy, które…
Że po to jest ołtarzyk w domu, że to jest wyjęte z naszego codziennego, nawykowego myślenia i
to jest miejsce, które nas łączy z absolutem. Im więcej takich miejsc, im więcej takich rytuałów,
tym łatwiej nam wracać do tego i żyć – Rosi by powiedział – dużym umysłem. Czasem by tak
powiedział. Także to budowanie znaczenia, ważności – ja mówię o czymś dużo większym niż
uważność. Ale to jest klucz naszej praktyki. Jak do tego dodasz medytację, to masz szansę, że
zobaczysz, czy urzeczywistnisz to, co nasi patriarchowie. Tak bym powiedział.
Jahoł: Sporo powiedziałeś.
Uji: Czyli pustka i szukanie… Nie pozwól sobie wmówić, że świat jest byle jaki, że to nie ma
znaczenia.
Jakieś pytania, komentarze?
Jahoł: Chciałem dokończyć historię o kolibrze, bo widziałem takie klejnoty, gdzieś z daleka,
trochę tęskniłem. Chciałem w ogóle zrobić zdjęcie któremuś z tych kolibrów. Później już
fotografowałem go na dłoni. I tego samego popołudnia siedziałem w ogrodzie, przed Sangha

Housem, schowany przed wszystkimi, bo paliłem fajkę. I siedziałem w kwiatach. I tak siedziałem,
nie wychylałem się, bo nie chciałem, bo tam mało kto pali… Siedziałem w ogrodzie, w rejonie
tam, gdzie stoi Budda. Wśród wysokich, ładnie utrzymanych kwiatów. I nagle – tutaj jest ta
instalacja plastikowa, która podlewa. Takie siurki. Czarne rurki wystające z tej instalacji i tak
psik, psik, psik – sikają w tym ogrodzie. I ja tak siedzę. Przyleciał koliber. Tu, w takiej odległości
ode mnie. I on tak się ustawił – usiadł na tym powietrzu, i woda tak psika, a on jedną kropelkę
tak z tego wyłapał zagiętym dziobkiem. Tak się czaił, czaił i jedną wziął. Ale to się wszystko
działo tak, jakby był w szkle zatopiony. Wcale nie latał, nie machał tymi skrzydłami milion razy
na sekundę. Tego w ogóle nie było widać. On po prostu przyszedł, zabrał tę jedną kroplę. To się
zdarzyło w takiej odległości ode mnie. Nie miałem aparatu tam już, ale taki cud się zdarzył. Takie
domknięcie. Przeżyłem coś świętego absolutnie. Ale to tylko dygresja.
Uji: Kolibry są odważne, dlatego że one tak szybko fruwają… Nie wiem, ile one razy uderzają
skrzydłami na sekundę, ale chyba najszybciej wśród ptaków. One są jak niektóre owady – nie
widzisz ruchu skrzydeł. I w związku z tym naprawdę niczego się nie boją, bo one tak szybko
ruszają, że one zawsze zareagują. Ja pracując w ogrodzie, wiele razy widziałem – ignorują cię, jak
nie jesteś czerwonym kwiatkiem. Nie złapiesz go, bo on zawsze będzie szybszy. Bo zanim ty
rozpędzisz rękę, to on wykona już sto pięćdziesiąt ruchów skrzydłami.
Jahoł: Ale tam jeszcze parę znalazłem pod oknami zendo. Widać gdzieś zagonione – były za
czyste szyby… Dwa znalazłem obok siebie – musiał latać jeden za drugim, żeby leżały dwa koło
siebie pod tymi oknami.
Uji: Kolibry są dobrą metaforą, bo są przepiękne i to szkoda. Ale szyba je pokona.
Jahoł: Niesłychanie silne. Jak go trzymałem w dłoni, to zobaczyłem, że to jest taki mały koń. To
jest niesłychane. Żaden inny ptak, którego trzymałem w dłoni – ta klata, to serce jest tak potężne
u tego malucha. Niebywałe. A oko jakie – takie jak sokół! Coś takiego ma w wyrazie twarzy. Niby
taki ptaszek – pitu, pitu. Konkret.
Uji: Koliber jest wielkości trzmiela. One są naprawdę malusieńkie. No, dobrze, jeszcze jakieś
komentarze?
Gosia: To ja à propos Sonomy, tej świętości, tych opowieści o zwierzętach, to ja miałam tam tyle
niesamowitych spotkań ze zwierzętami. To jest niemożliwe w mieście. To bardzo pomaga
skontaktować się z tą świętością. Pamiętam, jak kiedyś siedzieliśmy w zendo. Na sessin byłam
doanem. Chyba trwało trzy dni to sessin. I spadały co jakiś czas takie żołędzie z dachu… Nie
wiadomo było, skąd to się bierze. Czasem do ręki mi coś spadło, czasem obok mnie. I się okazało,
że to ptaki wtykają sobie w te dziury w ścianach zendo żołędzie, bo na zimę sobie
magazynowały, ale nie wiedziały, że to wszystko po prostu wylatuje na drugą stronę. To było
niesamowite.
Gosia: Albo nagminnie żaba w wannie. Tam się wchodziło, a tam żaba w wannie.
Jahoł: A ta, co tam mieszka w tym kibelku! Jak ona tam przeżywa – też mam parę fotek tej żaby.
Ale w kibelku – w muszli!
Uji: To ja też ją widziałem. W tym kibelku to kiedyś czarna wdowa kiedyś mieszkała.
Gosia: Czarna wdowa? Nie widziałam…

Uji: Bo to malutki pajączek, to nie widać. Po klepsydrze ją poznałem.
Gosia: Kiedyś komuś struś uciekł z farmy. Widzieliśmy, jak biegł taki wystraszony.
Uji: Sąsiad po drugiej stronie drogi kiedyś upolował rysia, bo mu koguty zjadał. Jak zabił, to taki
ryś był – z ogonem (pokazuje na wysokość człowieka).
Jahoł: Ale gdzie – tam w Stanach? Widziałem też rysia w Stanach, jak na rowerze jeździłem. Jest
niesamowity. Spory zwierz.
Uji: Bo są jeszcze pantery, ale to one są takie długie – daj, Krzysiek, rękę (pokazują szerokość
dwóch mat).
Jahoł: Ryś takie uszy ma…
Uji: Panterę raz słyszeliśmy w czasie godów. Kiedy samiec wydaje takie dźwięki, jak zarzynana,
duszona kobieta. Ja wtedy o tym nie wiedziałem… No, właśnie nie każdy wie. Z takim bulgotem,
jakby krew się przebijała. Straszny dźwięk. Nie wiedziałem wtedy, że to zew godowy pantery,
więc żeśmy tam z koleżanką poszli do opuszczonego sadu szukać tej kobiety zabijanej… Potem,
jak żeśmy się dowiedzieli, to strasznie nam było.
(milczenie)
Słuchajcie, jutro koło pierwszej będę na pogrzebie Kuby. Wszystko się łączy. Jego bliscy na
pewno zrobili wszystko, co można było zrobić. Moje przesłanie jest takie, że może być strasznie
ciężko, ale musimy brać odpowiedzialność i nie gubić się w rzeczywistości jak koliber w
warsztacie. Że to jest tak, że… Ja nie chcę tego używać, bo to jest taki dramatyczny przykład, ale
że medytacja nas wyzwala. Medytacja nas wyzwala. Jesteśmy w stanie iść dalej. Jak by Kuba
wiedział, jak by do niego dotarło, że ma wsparcie, że nie będzie w żaden sposób odrzucony z
powodu tego, co robił przez ostatnie lata, to by się nie zabił. W Sandze powinniśmy mieć, i mamy
pewnie, taką gotowość, że jak ktoś namieszał strasznie, to że cały czas jest dla niego miejsce,
tylko że trzeba to przyznać, trzeba powiedzieć, trzeba nie brnąć w to. Ale też ta
niepowtarzalność życia, ta świętość życia jest taka, że nie odkładajmy na jutro tego, co trzeba
dzisiaj zrobić po prostu.
To jest konkluzja.
(długie milczenie)
Nie chcę zagadywać, ale to jest tak, że gdybyś ty go, Piotrek, nie złapał, to on by nie przeżył na tej
podłodze.
1.02.30
To, że wyczekałeś, ocaliło mu życie.
Na ołtarzu jest karteczka z napisałem Kuba. To sessin jest poświęcone też jemu. Nie ma w jego
rodzinie buddystów. Jedyny raz, kiedy prosiłem ojca Maksymiliana, żeby zrobił za kogoś mszę, to
właśnie za Kubę. Bo ktoś w rodzinie myślał, że on jest opętany i że to może pomóc. Ale jak widać,
nie pomogło.
Ja wiem, że się zrobiło ciężko. Chcemy coś mówić, czy wracamy do rytmu?

Komentarz z sali – nie słychać wyraźnie. Dotyczy tego, że to wymaga odwagi, by poświęcić życie na
wymienianie wody między strumieniami. chyba Ania Mills to mówi, MM
Uji: Co więcej, historia z przenoszeniem wody jest prawdziwa. Tam, na Pokuciu takich ludzi były
setki. Co więcej, trzy czwarte z nich było wariatami. A ten był tym jednym, dzięki któremu świat
trwał. Tylko nie wiemy, gdzie on jest.
Krzysiek: Nie było takich zabawek jak dzisiaj.
Uji: Jednym się wydawało, a część ludzi, którzy robią dziwne rzeczy, rzeczywiście robią coś
absolutnie kluczowego.
(milczenie)
No, ale ta cała praktyka jest takim noszeniem wody między źródłami.
Jahoł: Nie jest łatwe przyznać się do posądzenia o wariactwo. Ale pamiętam, że zupełnie
intuicyjnie przywoziłem z Sonomy cały wór wojskowy kamieni – czasem całkiem sporych –
które wrzucałem do Bałtyku, bo wymyśliłem, że… Miałem dobrą relację z morzem – blisko
mieszkałem. Wymiana kamieni między Pacyfikiem a Bałtykiem inaczej mogła się nie wydarzyć. I
ten mój worek wojskowy krążył po całym świecie, bo na lotniskach go prześwietlali, w
Kapsztadzie nawet był, bo samolotami go przerzucali. Tydzień po mnie przyjechał. Ja się
cieszyłem, bo mi go do domu przywieźli. I było, ile razy był rozpakowywany. Więc ta relacja ma
taką jakąś magię w sobie. Nie chwaliłem się tym, że taką akcję robiłem, bo mogło nie wyjść. Ale
czułem się tak dobrze. W nocy poszedłem wrzucać te kamienie z molo w Sopocie.
Bo potem w drugą stronę – wrzucaliśmy z Rosim do Zatoki [San Francisco] na tej zasadzie.
Uji: Tak, wiem. Kiedyś mi o tym opowiadałeś.
Jahoł: A ja przeżyłem z morzem takie rzeczy… Ten kontakt był tak bezpośredni i tak konkretny…
Każdy zna tę zabawę, żeby iść jak najbliżej krawędzi morza. Uciekasz tak, żeby cię woda nie
zmoczyła. Jak to robisz naprawdę precyzyjnie, to jakbyś szedł z przyjacielem. Jak się naprawdę
mocno starasz, to jesteś w tak pięknej akcji. [?] I się czasem śmiejesz do rozpuku, jak znajdzie
dziewiątą falę i cię skotłuje. Piękna akcja, bo ja mieszkałem bardzo blisko morza i czasami
chodziłem się wysikać nocą na morze, a nie do kibla. I miałem taką… Pierwsza wiosenna burza.
Namówiłem mojego kumpla – ja idę, to chodź, psa wyprowadzisz, chwilę pogadamy, fajka
zapalimy. Cieplutko było, bo to majowe takie parę kropli. Taka czuła, piękna majowa pogoda. I
pełnia księżyca. I koło tej chodzącej burzy nagle piorun. Ja usiadłem sobie nad morzem i
medytuję. Czekam na niego, czy przyjdzie, czy nie. I nagle przede mną może sto metrów, może
sto pięćdziesiąt – taki zasadził króciutki, parometrowy piorun w morze prosto. Ale tak, że mnie
takim dziwnym zapachem owionęło. To był środek nocy – gdzieś druga w nocy. I Żółw
[przyjaciel] się przyplątał, już gdzieś tam dochodził do plaży z psem – najpierw jego pies mnie
znalazł. I ja mówię: Żółw, ty widziałeś, widziałeś ten piorun? Coś niesamowitego! Tak przede
mną, ja sobie usiadłem, tak medytuję, a tu przede mną… Tylko słychać było takie grzmienie górą.
Nic nie było, żadnych piorunów. Żółw tak słucha, usiadł obok mnie i nagle przed nami to samo
dokładnie – on do tej pory tak myśli, że to był jakiś cud. Słuchajcie, z dwóch miejsc w górze, tak
jak Y, tu się złączyło i to samo – i już później nie było więcej takiej… Ale przed nami może trzysta
metrów – nie, sto, sto pięćdziesiąt, niesłychana akcja. Takiego czegoś się w życiu nie przeżywa,
tylko takim dobrym, miłosnym odbiorem, bo ja byłem tym taki zachwycony. Tam nie było

żadnego lęku w tym. To było tak jak taki prezent. Takie coś – fuu! To było takie pozdrowienie,
dotknięcie mocy.
Uji: Ale to miałeś dwie litery – najpierw I, a potem Y.
Jahoł: A wiesz, że tego nie odczytałem jako I… To muszę teraz pomyśleć. [?]
Uji: Ale to ładne, co mówisz. Bo ja w poprzedniej mojej mowie, którą Michał spisał
błyskawicznie, mówiłem, że teza jest taka, że my nie musimy rozumieć. Opowiadałem o takiej
sytuacji, że dyrektorka zostawiła mnie w takiej pustej szkole specjalnej w pokoju gościnnym i
powiedziała, że tu na pewno nikt nie przyjdzie, dlatego że jest zamknięte, nikt nie ma klucza,
przecież żaden nauczyciel w nocy nie przyjdzie. I ja piętnaście minut później idę korytarzem, i
naprzeciwko mnie idzie facet, nie patrzy mi w oczy, ale ja wiem, że on mnie widzi, unika wzroku,
cichusieńko idzie, skręca, w ścianę wchodzi i nie ma. No to ja się wycofałem. Ale nikt z obecnych
na wykładzie nie zapytał, czy ja to jakoś wyjaśniłem. I ja byłem dumny, że właśnie mówię, że nie
trzeba rozumieć i że ja wtedy nie musiałem rozumieć – i nikt nie chciał zrozumieć. I te twoje
kamienie, Piotrek, tak samo – nie musimy rozumieć.
Więc nie pytajcie mnie, co to była za postać.