Nie spadniesz z ziemi – mowa z 12 II 2017

  • przez

Witam bardzo serdecznie.

Dzisiejsza mowa poświęcona jest w szerokim rozumieniu ceremonii jukai, czyli przyjęciu wskazań przez kilkunastu nowych członków. To są osoby z Warszawy, Poznania, Trójmiasta i jedna spoza tych naszych ośrodków.

Ta mowa nazywa się Nie spadniesz z ziemi. Nie możesz spaść z ziemi. Kiedy myślałem o tym, co chciałbym powiedzieć mówiąc o ceremonii jukai, przyszedł mi do głowy taki obraz czy wizja: wielu ludzi przemieszcza się w taki sposób, że idzie przez łąkę na czworaka i ma takie sprężyny, które można wkręcić w ziemię i jakich używa się np. do zakotwiczania w ziemi lin utrzymujących maszty. Łatwo można to zrobić, bo przy wkręcaniu nie ma dużo oporu, ale w górę trudno taką sprężynę wyciągnąć, bo kiedy wyciąga się pionowo, opór jest bardzo duży. Ludzie w mojej wizji wkręcają taką sprężynę, podpinają się do niej karabińczykiem, z tyłu wykręcają drugą. Trzy kroki dalej ją wkręcają, podpinają się. I tak idziemy przez życie martwiąc się, że spadniemy z ziemi. Ci odważniejsi, zamiast podpinać się do lin, wsadzają sobie wielki kamień na plecy i z nim idą po tej łące. A tacy, którym już mało zależy, staruszkowie, to tylko się mocno trawy trzymają, żeby nie spaść.

My żyjemy w takim lęku… To nawet nie jest lęk. Żyjemy w takim przyzwyczajeniu – mnóstwo ludzi w nim żyje – że trzeba walczyć o to, żeby nasze rozumienie świata się nie zmieniło. Strasznie trudno jest być otwartym, być w chwili. To jest jeden ze sposobów rozumienia, co znaczy ceremonia przyjęcia wskazań – żeby próbować, ciągle próbować i doskonalić życie, które jest życiem w bieżącej chwili i które jest życiem odpowiedzialnym. Odpowiedzialność oznacza, że jestem w stanie odpowiedzieć na to, co się dzieje. Że moje postępowanie jest zgodne z tym, co się wydarza.

Gdy myślę o ludzkim życiu, bardzo lubię metaforę strumienia – że nasze życie jest jak strumień. W zależności od tego, jaki jest teren, strumień płynie wolno albo szybko, czasem tworzy wodospad, czasem rozlewisko, gdzieś tam głębokie jezioro prawie bez nurtu, potem znowu płynie szybko po kamieniach. Każdy z nas jest różny, inny, tak jak każdy strumień jest inny. Poza ujętymi w betonowe brzegi nie ma dwóch takich samych strumieni. Nasze życie zależy od naszych predyspozycji, od naszych uwarunkowań i od tego, co się wydarza. I strumień nigdy nie planuje, co będzie dalej. Jak rozlewa się w jeziorko, to nie spekuluje, że za 46 metrów będzie wodospadem, tylko jest w stanie przystosować się do każdych warunków. Nie ma takiej możliwości, żeby strumień powstrzymać. On będzie płynął. Nawet jeśli zamarznie na jakiś czas, później też będzie płynął. Nie trzeba do tego wysiłku. Tak naprawdę energia jest w wodzie. Nie trzeba dodawać energii, bo strumień sam w sobie ma energię. I też nasze życie ma taką energię.

Oczywiście trzeba reagować na to, co się dzieje w życiu i trzeba to robić w mądry sposób, i przydaje się doświadczenie. Ale nie jest tak, że zawsze nasza wiedza czy przekonania, czy doświadczenie są potrzebne. Nie jest tak, że zawsze nam będą pomagać. W wielu sytuacjach lepiej byłoby się przyjrzeć, jak jest rzeczywiście w tym momencie, a nie projektować na sytuację poprzednie doświadczenia.

Wczoraj w sobotę pracowałem w ośrodku przy szkole specjalnej pod Morągiem. Uzgodniłem, że mogę tam spać noc przed szkoleniem. Przyjechałem w piątek. Była tam pani, którą wydzwoniłem i która mi otworzyła. Ośrodek jest w szczerym polu. Nie wiem, czy w innych budynkach ktoś mieszka. W samej szkole nie. Pani woźna wyszła przed budynek, otworzyła mi, wszedłem, wniosłem pomoce, z których korzystam w pracy, i tak do niej mówię: „Ale tutaj jakiś dziwny hałas. Te drzwi się zamknęły, ale ciągle coś w nich stuka i się otwierają.” To były automatyczne drzwi, cały czas otwierały się i zamykały, jakby ktoś stał obok nich, ale nie przechodził przez nie. Ona na to: „Tak, rzeczywiście coś stuka. Dziwne.” I sam nie wiem dlaczego, opowiedziałem jej taką historię, która wydarzyła się, kiedy poprzednim razem ten sam organizator zorganizował mi szkolenie w Trójmieście. To był wolnostojący budynek, także szkoła specjalna. Otworzyła mi pani dyrektor i mówi: „Wie pan co? Tak się cieszę, że mamy tu od kilku dni pokój gościnny. Bardzo nam to ułatwia zapraszanie gości.” Nie pamiętam – może w ogóle byłem pierwszą osobą śpiącą w tym pokoju gościnnym. Ona mówi: „Tutaj mieszkało takie małżeństwo. Ten pan zmarł ostatnio. Tak, że jest tu taki pokoik, bo żona zamieszkała u dzieci.” To ja mówię: „No to fajnie.” I potem pani dyrektor pyta: „Czy pan musi jeszcze gdzieś wychodzić?” Mówię, że nie muszę, więc ona: „To ja pana zamknę w ośrodku.” Tak się często robi w podobnych placówkach. Ja też wolę nie mieć kluczy i nie martwić się, czy wszystko jest zamknięte. Więc to mi odpowiadało. Ale ona mówi: „Rano przyjdę otworzyć. Tu na pewno nikt z nauczycieli nie przyjdzie. Dzieci nie ma. Nauczyciele na pewno w nocy nie będą przychodzić.” Mój pokój był na górze, a ja chyba zostawiłem coś na dole, zszedłem po torbę. Patrzę, a korytarzem naprzeciwko mnie idzie facet. Cichusieńko. Ewidentnie unika kontaktu wzrokowego ze mną. Taki pochylony idzie. Nagle, patrzę – to daleko było – a on skręcił i wszedł w ścianę. No to sobie pomyślałem: „No dobrze. Ja tu nie muszę chodzić po tym parterze. Pójdę do swojego pokoju.” Zamknąłem się na klucz. Trochę skrzypiało, ale spałem już bez żadnych ekscesów. I opowiedziałem to pani woźnej z ośrodka pod Morągiem à propos tego hałasu w drzwiach, tego, że cały czas coś w nich szumi. A ona mówi: „A wie pan co? To bardzo ciekawe, bo mój mąż to właśnie dwa tygodnie temu umarł. Ale on to chyba nie daje żadnych znaków.” No to też – zamknąłem się w pokoju. Ta szkoła jest wielka. Do sali, w której potem miałem zajęcia, trzeba iść korytarzami ze 150-200 metrów. Taki moloch. Wygląda, jakby nikogo nie było. Ale pół godziny później jakiś huk, cały dom się trzęsie, jakby ktoś młotem pneumatycznym w fundamentach wiercił. Ale zamknąłem się, więc nic mi nie grozi. I tak mi się to przypomniało à propos tego spadania z ziemi i takiego nastawienia, że trzeba rozumieć świat, że trzeba go wyjaśniać, tłumaczyć.

Nasza praktyka zachęca do tego, żeby czuć się komfortowo w stanie, że „nie wiem”. Ja nie muszę wiedzieć. To jest inne piętro, ja nie muszę się tym zajmować.

Gdyby jakaś ręka mi się pojawiła przez ścianę i zaczęła otwierać kluczem drzwi, to bym coś działał. Ale ja nie muszę. My nie musimy zawsze rozumieć, jak to się stało, co tam się dzieje, o co chodzi. Nie musimy rozumieć.

Ceremonia jukai to jest zrobienie kroku, potwierdzenie, że jestem gotów praktykować i jestem gotów na to, że zmieni się moje rozumienie. To tak, jak siadamy na macie i właściwie wszystkie poglądy, wszystkie koncepty mogą opaść i jesteśmy jednym z całym bytem. To jest takie uczucie. I to samo można robić w codziennym życiu.

Jest taka mowa Biały ptak na śniegu rosiego Shunryu Suzukiego. Wygłosił ją w sierpniu 1970 roku, czyli kilkanaście miesięcy przed śmiercią. Potem przeczytam jej fragmenty. Kiedyś zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Ale nie pamiętałem jej dokładnie. Okazuje się, że to jest króciutka mowa, którą Suzuki powiedział podczas ceremonii jukai; drugiej w Ośrodku San Francisco. Czyli między ‘59 a ‘70 mieli tylko dwie ceremonie jukai. To, co mnie uderzyło, gdy teraz czytałem tę mowę, to zdanie, że po pierwsze człowiek, który przyjął jukai, to jest świecki mnich. Świecki mnich – nie wiadomo, kto to jest. To jest wyjście poza nasze polskie, europejskie czy amerykańskie rozumienie ordynacji. Rakusu to jest twoja szata, którą szyjesz tak, jak Budda szył okesę. Tak samo szyte jest rakusu. Czyli to jest mnisia szata.

A Suzuki tak wyraźnie mówi, że zdecydował się na tę ceremonię nie dlatego, że chce mieć tych świeckich mnichów, tylko że to jest jakaś większa wartość. I że każdy z nas jest właściwie takim mnichem. Ale że to jest też zachęta do tego, żeby pracować na rzecz sanghi. To jest zachęta do tego, żeby pomagać. Dlatego że – jak mówi Suzuki – bardzo dużo się dzieje i potrzeba, żeby ludzie się w to angażowali. Nie wiem, kiedy Rosi miał zdiagnozowanego raka, ale przypuszczam, że wtedy już wiedział, że ma raka. Wydaje mi się to bardzo znaczące.

Chcę powiedzieć parę słów o praktyce.  Nasza praktyka jest trudną praktyką m.in. dlatego, że nie ma wyraźnych etapów. Jak rozmawiasz z nauczycielami rinzai na przykład, to mówią, że uczeń ma przejść przez określoną ilość koanów i zrobienie tego jest mierzalnym osiągnięciem. Jest wymierne – zaliczył albo nie zaliczył. Więc czasem nauczyciele rinzai się martwią, jak ktoś idzie bardzo szybko i jest młody. Obawiają się, że nie nadąży ze swoją dojrzałością. Że jak mu się uda rozwiązać wszystkie koany, ale jest cały czas młody i nie znający życia, to po prostu tego nie uniesie. Może nawet przestać praktykować. W naszej tradycji jest odwrotnie – nie ma oczywistych wyznaczników, etapów i takiego momentu, że możesz powiedzieć: „Przeszedłem kolejny krok.”

Z tego względu jest to trudna praktyka. Mniej jest wzmocnienia, mniej dobrego feedbacku, potwierdzenia, że dobrze praktykujesz i idziesz w dobrą stronę. Na pewno wgląd nie jest takim wyznacznikiem. Ludzie mają różne doświadczenia. Uważam, że mnóstwo ludzi ma doświadczenie, które w sutrze „Jedność względnego i absolutnego” jest nazwane spotkaniem absolutu. „Spotkanie absolutu nie jest jeszcze oświeceniem”.

Wiele osób miało jakieś doświadczenie, które nieraz ukierunkowuje ich całe życie. To samo może się zdarzyć dzięki praktyce. Ona zwiększa szansę. Ale to jest w naszej tradycji tak, jakbyś wszedł, czy weszła na górę, chmury się rozwiały, masz wielką perspektywę. Ale nie możesz zostać na górze. Ani tam nie ma co jeść, ani nie ma co pić, ani nie ma gdzie mieszkać. Musisz iść dalej. I dalej będzie już tylko w dół. Czyli trzeba to doświadczenie przenieść do życia. Podstawą jest medytacja. Medytacja jest praktyką, która ma zaowocować w życiu.

Powtórzę – i staram się to mówić na każdej mowie: moja wizja praktyki jest taka: nie mamy ośrodka, gdzie można pojechać i zamieszkać na dłużej, gdzie odbywa się regularna praktyka tak, jak w Sonomie.  Oczywiście mamy Kąciki i tam zawsze można pojechać i praktykować, ale to jest inna energia, kiedy nie ma nauczyciela, jest mało osób, infrastruktura jest bardziej wymagająca. Natomiast dla większości z nas jest nierealne, żeby sobie wykroić parę miesięcy, rok i pojechać praktykować. To już się prawie nie zdarza. Zresztą w Stanach też już się coraz rzadziej zdarza, że ktoś ma taką sytuację w życiu, że może do Ośrodka pojechać na dłużej.

Nasz model musi więc być taki, że praktykujemy w domu w miarę regularnie, że praktykujemy z grupą w miarę regularnie, jeśli to jest możliwe – to zależy od miejsca zamieszkania. I że jeździmy na odosobnienia. Żebyśmy mieli ango, żebyśmy mieli Rohatstu i żebyśmy mieli na wiosnę sesshin np. w Bajkowej Zagrodzie. Dążymy do tego, żebyśmy mieli Rohatsu tygodniowe i to odosobnienie wiosenne również tygodniowe. To jest bardziej realny wariant, że ktoś może wykroić sobie tydzień i pojechać na takie odosobnienie.

Przeczytam parę zdań z mowy Biały ptak na śniegu. Shunryu Suzuki – takie to były czasy, taką miał osobowość, że mnóstwo ludzi zainspirował, zachęcił do praktyki. Kiedy to mówi, był już 10 lat w Stanach. Założył wielki ośrodek w mieście, kupili całe uzdrowisko i zamienili na ośrodek zen, i wielką farmę. Dużo pomniejszych ośrodków pączkowało, także ośrodek Rosiego Kwonga jest jednym z takich pomniejszych. To były tysiące ludzi, którzy się czuli związani z Rosim Suzukim.

Jest sierpień 1970 roku. Suzuki mówi: „Dziś odprawiamy dla was — starsi uczniowie — uroczystość świeckiej ordynacji. Czuję głęboką wdzięczność. To druga ordynacja w ośrodku zen. Nie mieliśmy częściej uroczystości świeckiej ordynacji, ponieważ nie chciałem, abyście myśleli czegoś specjalnego o świeckich buddystach.”[1] Czyli on mówi świecki buddysta albo świecki mnich.  „Czas jednak zabrać się za pomaganie innym. Mając tak wielu uczniów zarówno w samym ośrodku zen, jak i na zewnątrz, potrzebujemy więcej pracy.” „Jest takie chińskie wyrażenie, które mówi o byciu jak biały ptak na śniegu. Kiedy ludzie są jak śnieg — powinniśmy być jak śnieg, kiedy stają się czarni — powinniśmy być czarni; zawsze tak jak inni, bez jakiejkolwiek idei rozróżniania. Możemy wtedy naprawdę pomagać i nie potrzebujemy specjalnych nauk czy rzeczy materialnych. To jest droga Bodhisattwy.” „Odkrywanie takiej wolności od wszystkiego, takiego rodzaju proszenia i tego rodzaju ducha łagodnego umysłu” – takiego stanu umysłu – „stanowi praktykowanie naszej drogi. Możesz myśleć, że” ceremonia jukai, przyjęcie wskazań jest narzucaniem jakiejś szczególnej nauki lub narzucaniem rytuału i zmusza cię do ślubowania. Bo to jest tak, że nauczyciel pyta po kolei, czy będziesz realizować różne ślubowania, uczeń odpowiada „Tak, będę”. I Suzuki pisze: „Ale wszystko to ma jedynie pomóc ci być jak biały ptak na śniegu. Jeżeli wykonujesz praktykę, to masz już istotę zazen.”

Bycie białym ptakiem na śniegu nie jest łatwym zadaniem.

„Szyliście szaty, mimo iż jesteście bardzo zajęci w codziennym życiu. Myślę, że to dobry przykład postawy buddysty. Chociaż jesteśmy zajęci, istnieje sposób, by praktykować najbardziej formalną praktykę. Chociaż my, istoty ludzkie żyjące w dużym mieście, jesteśmy zajęci, nie ma powodu, żebyśmy nie mogli praktykować naszej drogi bycia jak biały ptak na śniegu.”

Kiedyś, wiele, wiele lat temu, mądra członkini naszej Sanghi powiedziała mi, że ona by chciała być taka jak Rosi Kwong. Dotąd pamiętam te słowa, bo jakoś to we mnie zgrzytnęło. Uświadomiłem sobie, że ja w ogóle nie chcę być taki jak Rosi. Ja chcę być taki, jaki ja jestem. Tak jak strumień. Dziś wieczorem każdy z nas będzie w innej sytuacji i tę właśnie sytuację trzeba realizować. I to ty masz ją realizować, nie nosząc na plecach kamienia i nie trzymając się trawy, która jest naszymi przyzwyczajeniami, wyobrażeniami na temat tego, jak rzeczywistość powinna wyglądać.

Może parę rzeczy powiem jeszcze o przygotowaniu do ceremonii jukai. Ceremonia, jak prawie wszyscy wiedzą, trwa krótko. To jest parędziesiąt minut. Ale szczególnie pierwsze jukai jest trudne i dla mnie, i Sanghi. Kiedy Rosi zrobił listę, co muszę kupić, jaki sprzęt, to tam było prawie 20 pozycji. Trzeba mieć jeden pojemniczek do tuszu czerwonego i luźną nakrywkę, i bardzo szczelny pojemniczek do tuszu czarnego. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Pędzelek do tego, żeby pisać na rakusu i pędzelek do tego, żeby pisać na kechimyaku. Więc tych rzeczy jest mnóstwo. Trwa dyskusja, co ma na rakusu być napisane. Bo Rosi Kwong nie pisze imienia po japońsku, ale to jest jakaś opcja. Niemal wszystko na rakusu jest napisane po angielsku. Ale jest problem z imieniem. Bo my wszyscy wiemy, jakie mamy imię po angielsku, po polsku i po japońsku. Imię będzie po polsku, ale czy ono ma też być po japońsku? W naszej tradycji sōtō jest specjalna książka imion. Powiedziałem Rosiemu, że wolałbym nie używać tej książki dlatego, że tam są czteroelementowe imiona. Więc na przykład imię nie brzmi Puste niebo tylko Bezmierna jasność pustego nieba. Cztery elementy. Więc to po polsku źle brzmi.

Głos z sali należący do właściciela imienia Puste niebo: Całkiem nieźle brzmi Bezmierna jasność pustego nieba.

Uji: Mnie się wydaje, że to jest za skomplikowane. Że powinniśmy mieć podwójne imiona. Przymiotnik i rzeczownik. Zacząłem w związku z tym rozmawiać z kilkoma nauczycielami, jak oni dają imiona. Na przykład jedna osoba mi powiedziała: „Wiesz, to bardzo proste. Przez tydzień myślę o jednej osobie, której mam dać imię i zastanawiam się, jakie wybrać.” Tak, że to jest duża praca, żeby znaleźć imię dla ucznia.

Na rakusu sądwie pieczęcie. Czerwona na białym tle i biała na czerwonym tle – te kwadratowe [pokazuje na rakusu]. I jeszcze na niektórych rakusu jest okrągła pieczęć, którą nauczyciel musi sobie zaprojektować. „Samemu sobie zaprojektować” to znaczy, że Krzysztof Figielski mi zaprojektował, piękną zresztą. Tam są napisy Budda, Dharma, Sangha i Skarb. Kojarzycie, jak ta pieczęć wygląda u Rosiego? To jest taka okrągła pieczęć. Wygląda na pierwszy rzut oka, jakby to były japońskie ideogramy. Ale to jest angielski. Litery są ukryte – Rosi to rozrysował, ukrył litery. To jest coś niezwykłego, jak pięknie je pochował. „T” to jest linia do góry i poprzeczna, ale tylko w jedną stronę. Ale Rosi jest grafikiem, a jego pieczęć jest niezwykle wyrafinowana i jest w niej ukryta tajemnica. Nie da się popatrzeć i zobaczyć tam angielskich słów. To trzeba wiedzieć, czego tam szukać.

Teraz wnuk Suzukiego dostał wzór mojej pieczęci i ona już poszła do rodziny pieczęciarzy z dziada pradziada. Ta rodzina robiła pieczęć Rosiemu Kwongowi i chyba też robi pieczęcie dla Suzukich. To jest jeden z elementów. Będziemy mieli bardzo dużo przygotowań. Jukai jest w czasie ango. Ponieważ jest tak dużo przygotowań i decyzji do podjęcia, to Rosi zdecydował, że przyjedzie w maju i będzie mnie uczył. Tak, że Rosi będzie w Polsce w maju. Nie wiem, jak ta wizyta będzie wyglądać, ale będzie między 27 kwietnia a 12 maja. Czyli Rosiego nie będzie na ceremonii, ale będzie wcześniej. Chyba przyleci do Warszawy, a wyleci z Trójmiasta.

Jeszcze parę cytatów. Suzuki zmarł w grudniu ’71. Przyleciał do Stanów w ’59. Czyli mowa Biały ptak na śniegu była wygłoszona ponad rok przed śmiercią. A ta jest z czerwca 1971 roku: Szycie i noszenie buddyjskich szat[2]. „W ubiegłą sobotę powiedziałem, że jakąkolwiek religię wyznajecie, nie ma to znaczenia, kiedy przychodzicie tutaj, by siedzieć z nami. Jest tak dlatego, że nasza metoda siedzenia, nasza praktyka ma ci pomóc, abyś stał się sobą.” „Być sobą. W chwili, gdy stajesz się sobą, twoja praktyka zawiera wszystko. Wszystko stanowi część ciebie. Praktykujesz więc z Buddą, z Bodhidharmą i z Jezusem. Praktykujesz ze wszystkimi w przeszłości i w przyszłości. To jest nasza praktyka. Nie będzie się tak jednak działo, jeśli nie staniesz się sobą.”

Może to puszczenie się ziemi – wiecie, ten nasz lęk – to w inny sposób mówiąc lęk przed tym, żeby stać się sobą. Rosi Kwong często mówił o tym, że cokolwiek nie zrobisz, gdziekolwiek nie pójdziesz, to i tak jesteś w dłoni Buddy. To jest to samo. Cokolwiek nie zrobimy w życiu, nie spadniemy z ziemi.

„Jutro zaczniemy sesshin szycia, sesshin szycia okesy lub rakusu.” To może było trzecie jukai zrobione przez Suzukiego. „Szaty, jakie nosimy, nie są jakieś specjalne, chociaż możecie tak myśleć. Budda, jak wiecie, uszył swoją szatę z kawałków materiału, które zebrał na ulicach, czy na cmentarzu; zbierał rzeczy wyrzucane przez ludzi. Były tam małe i duże kawałki materiału. Budda uprał je, oczyścił i pozszywał. Sposób, w jaki szyje się szatę buddyjską, pozwala na użycie małych i dużych kawałków materiału. Z małych kawałków szyje się małe części, a z dużych — duże. Kolor nie może być jakiś piękny, czy jaskrawy, ponieważ Budda uszył swoją szatę z kawałków starych materiałów.”

I ostatni fragment, który chcę przeczytać. To jest mowa też z 1971 roku Rzeczywiste wskazania pozostają poza słowami[3]. „Chcę dzisiaj mówić na temat wskazań. Kiedy mówię wskazania, to myślicie zapewne o czymś podobnym do dziesięciorga przykazań albo do głównych wskazań zabraniających.” Główne wskazania zabraniające to są te nasze wskazania „Nie zabijaj.”, „Nie kradnij.” „Wskazania zen mają jednak inny charakter. Na początek można powiedzieć, że wskazania zen oznaczają rozumienie zazen. Stanowią więc jeszcze jedną interpretację zazen. Przy pomocy słów – słowa ‘wskazania’ – wyjaśniamy, czym właściwie jest zen. Przyjmujesz wskazania nie po to, żeby pamiętać, co powinieneś robić, a czego nie. Przestrzegamy wskazań, praktykując zen albo rozciągając praktykę na codzienne życie. Idea wskazań różni się więc całkowicie od tego, jak się ją zazwyczaj rozumie.”

„Pierwsze z szesnastu wskazań to – jak to wyrazić? – rzeczywistość jest jedna, niepodzielna na trzy lub szesnaście. Wskazanie to mówi o jednej rzeczywistości, o pustce albo absolucie. To jest nasze pierwsze wskazanie. Z niego biorą początek pozostałe. Jeżeli nie zrozumiemy tego wskazania, to wszystkie szesnaście nie będą miały żadnego sensu. Pierwsze wskazanie można zrozumieć jedynie w perspektywie całego wszechświata.”

Ostatnie trzy zdania. „Powinieneś rozumieć, w jaki sposób przyjmujesz wskazania. Przyjmujesz wskazania, praktykując zazen. Bycie sobą jest przestrzeganiem wskazań.”

Właściwie w tym miejscu chciałbym skończyć. Chcę to mocno podkreślić, że jukai jest też zachętą, żeby pracować na rzecz Sanghi. Nie da się inaczej. My zależymy już tylko od siebie. Rosi coraz mniej będzie przyjeżdżać. Nie wiadomo już – nigdy nie wiadomo – czy przy jego stanie zdrowia będzie przyjeżdżać. Coraz mniej ludzi jeździ do Stanów. To jest tak, że musimy liczyć na siebie. Nie będzie dużo inspiracji skądinąd.

Wysłałem pieczęć do wnuka rosiego Suzukiego, czyli do Shungo, syna Hoitsu Suzukiego, który był w Polsce. Shungo ma koło 40 lat i jest tak samo wspaniałym człowiekiem jak jego dziadek, ojciec i mama. Po prostu jest niezwykłą osobą, zresztą jego żona też. Napisałem im więc, że bardzo bym chciał, żeby przyjechali do Polski, ale to jest też mało prawdopodobne. On ma swoją świątynię. Jest jedyną osobą, która ją prowadzi, bo Hoitsu jest już starszym panem. W dodatku jest zaangażowany w działania na rzecz Eiheiji i innych świątyń. Więc mimo, że bardzo bym chciał, by ktoś z Japonii pojawiał się, czy przyjeżdżał, to myślę, że jest mała szansa. Potrzebujemy pracy, potrzebujemy tożsamości, ale tak naprawdę siła jest stąd, jak stajemy się sobą. Każdy musi wiedzieć, kim jest. To zapewnia trwanie praktyki.

To ważne, że z jednej strony jukai jest w jakiejś formie byciem mnichem, wyjściem z prostego, doczesnego świata. Ale z drugiej strony istotą tego procesu jest, żebyś wiedziała, żebyś wiedział, kim jesteś. I żebyś miała, miał odwagę to realizować. Na tyle, na ile się da w tym życiu. Nie jest to łatwe, ale w przypadku większości z nas – możemy trochę więcej.

Uczeń: Powiedziałeś: „Mieć odwagę stać się sobą.”, „Wiedzieć, kim jesteś.” – nie rozumiem, co masz na myśli, kiedy mówisz, żeby stać się sobą.

Uji: [śmieje się] Myślę, że lepiej, jak zostaniesz z tym tak, jak jest. Często jest takie pytanie [kierowane do nauczyciela] „Kim ty jesteś naprawdę?” To nie ma żadnego znaczenia. To, kim ja jestem, dla ciebie nie ma żadnego znaczenia. Ważne, żebyś ty wiedział, kim ty jesteś. To jest to wyzwanie. Ale tak wiedział, że nie masz żadnej wątpliwości. Jak się uderzysz młotkiem w palec, to boli. Nie ma wątpliwości. Żeby naprawdę wiedzieć, co jest twoje, co nie jest twoje. To jest tak intymne, że nie ma żadnej wątpliwości. Tak prawdziwe, że nie ma żadnej wątpliwości. Tak oczywiste, że nie ma żadnej wątpliwości.

Inny uczeń: Jak mówiłeś o strumieniu i wcześniej, że się trzymamy ziemi, to odebrałem to tak, że to jest zachęta, żeby się bardziej poddawać temu, co się wydarza. W związku z tym chciałem zapytać, czy jest jakieś miejsce na aktywność, na to, że zrobię to albo tamto. Strumień nie decyduje, że popłynie w tym albo w tamtym kierunku.

Uji: Jak każda metafora, ta też ma mocne i słabe strony. Ja mówiłem o odpowiedzialności. Jak odpowiadasz na sytuację, to nie jest to bierna postawa. Zdecydowanie, jak widzimy rzeczywistość na świeżo, kiedy mamy mniej założeń i projekcji, to jesteśmy zdecydowanie bardziej twórczy. Zdecydowanie więcej chcemy robić. Ale ty to wszystko wiesz.

Uczeń: Ale skąd się to pojawiło. Metafora strumienia była bardzo obrazowa…

Uji: Mnie ten strumień pasuje, bo moje ważne, wczesne doświadczenia praktyki z Rosim Kwongiem to była Przesieka i woda, która tam cały czas płynie. Pierwsze odosobnienia były w starym młynie wodnym. To jest dobra metafora. Woda z jednej strony się adaptuje, ale też ma mnóstwo energii.


[1] Cytaty z mowy Biały ptak na śniegu w tłumaczeniu Kuuna, Mowy Dharmy, BWZ Kannon 1999, str. 11

[2] Szycie i noszenie buddyjskich szat oraz jak to się wiąże z naszą praktyką, tłumaczył Kuun, Mowy Dharmy, BWZ Kannon 1999, str. 12-13

[3] Rzeczywiste wskazania pozostają poza słowami, tłumaczył Kuun, Mowy Dharmy, BWZ Kannon 1999, str. 14-16